Przemyślenia przyrodnicze

Monika Zakrzewska

Facebooktwitterpinterestmail

Mój ulubiony polar, ciepły i wygodny, w pięknych żywych kolorach, szybko schnący, mmm… marzenie. Na myśl, że wkładam go do pralki zastygam w przestrachu. Dwie kontrolki zapalone na panelu sterującym pralki jawią się jak wiecznie otwarte, wpatrzone we mnie z niemym wyrzutem rybie oczy…

 

Dzień jak co dzień, z przed paru lat. Słońce wstało zachmurzone i jakby trochę nieobecne a wraz z nim i ja. Sięgam do szuflady po skarpetki, te granatowe z Tygryskiem i Puchatkiem, żeby ten dzień trochę rozweselić. Gdzie się podziały? Sięgam coraz głębiej. Są. Wyciągam a wraz z nimi jakieś płatki czegoś białego. Co to? Miękkie, nierównomierne, cienkie płatki. Zaglądam do szuflady i przy bocznej ściance jest ich całe mnóstwo. Przyglądam się ze zdumieniem i niezrozumieniem aż przypomina mi się informacja, że wprowadzono biodegradowalne torby foliowe. Sprzątam szufladę ze wszystkich kawałków plastiku spokojna i tylko myślę by na przyszłość pamiętać by tych torebek gdzieś nie zostawiać w domu.

Mijają miesiące i lata, życie toczy się swoim rytmem obowiązków, rozrywek, zobowiązań, wyzwań i odpoczynków. Czytam skład produktów spożywczych kupowanych w sklepie, bo przecież dbam o swoje zdrowie. Zaczynam interesować się składem kosmetyków i środków czystości by nie zawierały szkodliwych chemikaliów. Czytam i rozważam co mogłabym zmodyfikować w swych przyzwyczajeniach i na ile jestem na to gotowa. Przepływają przez mój dom kolejne plastikowe torby, butelki, folie i opakowania, jak fale. Raz jest ich więcej raz mniej.  Korzystam ze świata jakim on jest, z oferowanych na rynku dóbr, z wygody i cywilizacji, jeżdżę samochodem, podróżuję. I spaceruję też po lesie, czerpię przyjemność z widoku łąk i otwartych przestrzeniami, w zachwycie wsłuchuję się w szum fal rozbijających się o brzeg z drobnym, różnokolorowym żwirkiem i piaskiem.

Okolice ujścia Wisły. fot. M.Zakrzewska

Robię regularnie zakupy a potem piętrzą się i wylewają z szuflad foliowe torby i woreczki, aż mam ich dość. Wzbiera we mnie złość na siebie samą, bo nie o to chodzi by je teraz wszystkie po prostu wyrzucić do śmieci, nawet jeśli segregowanych, a o to by zredukować ich zużycie. Słyszę przecież historie o wyspach plastikowych śmieci na oceanie lub widzę hałdy butelek wyrzucanych przez Bałtyk na plażę. Następnym razem zabieram płócienną torbę i przekonuję w mym osiedlowym sklepie by wszystkie warzywa i owoce wrzucić do tej torby, zamiast każde do osobnego foliowego woreczka, a metki z kodem nakleić na jej wierzchu. Działa. Kolejnym razem ekspedientka wręcza mi złożone na pół te naklejki z cenami a inna w kasie bez problemu je skanuje. Wracam zadowolona do domu.

Mijają dni, ja czekam aż sukcesywnie znikną z mego gospodarstwa zgromadzone dotąd torby. Obserwuję jakie to jest trudne ich nie używać bo jest mi zbyt poręcznie wynosić śmieci w plastikowym worku czy opakowaniu po czymś. Kiedyś biegałam z wiaderkiem, tak robili moi rodzice i dziadkowie, ja się rozleniwiłam, przyzwyczaiłam do szybkiego, wygodnego życia.

Jednak przecieka do mojej świadomości łagodnie i nieustannie, małymi kroplami słów przeczytanych i zasłyszanych pojęcie „mikroplastik” (cząstki tworzyw sztucznych o średnicy mniejszej niż 5 mm). Dociera do mnie, że „biodegradowalność” plastiku odbyć się może  w kontrolowanych warunkach laboratoryjnych, że ona w przyrodzie jest bardzo utrudniona i trwa setki a nawet tysiące lat. Plastik po rozpadzie na coraz mniejsze kawałki w całej swojej pierwotnej masie trafia do wód, rzek, jezior i mórz. I mało tego, ma jeszcze tę właściwość, że przyciąga związki toksyczne a one zjadane przez ryby i inne organizmy kumulują się w ich ciałach by potem trafić na mój stół. Mikroplastik otacza mnie zewsząd. Polski monitoring wykazał, że jest on obecny w każdym badanym zbiorniku i cieku wodnym a nawet w wodzie wodociągowej więc go wypijam i truję samą siebie. I to nie tylko kawałki rozpadających się toreb czy butelek i innych opakowań ale ścierające się na drogach opony, rozpadające się farby ze statków i dróg, cząstki uwalniane w procesie produkcji, syntetyczne włókna z tekstyliów, składniki kosmetyków, leków i in.

Wyspa Sobieszewska.  fot. M. Zakrzewska

Dowiaduję się, że mikroplastik, ze względu na swoją wielkość, nie był długo zauważany i nie jest obecnie wyłapywany w procesie oczyszczania ścieków, z wycieków na wysypiskach odpadów, z deszczówki spływającej z dróg.

Przypomina mi się mój ulubiony polar, ciepły i wygodny, w pięknych żywych kolorach, szybko schnący, mmm… marzenie. Na myśl, że wkładam go do pralki zastygam w przestrachu. Łazienkowa para lamp jawi się jak wiecznie otwarte, wpatrzone we mnie z niemym wyrzutem rybie oczy. To co wypłynie po praniu z setką mikrowłókien i granulek z moich ubrań trafi wprost do morza. Czuję się winna, że karmię plastikiem te rybie, bezsilne, wpatrzone we mnie oczy.

I rodzi się we mnie bunt, niezgoda. Nie zgadzam się na bezsilność, na to, że nie mam wpływu bo czuję, że mam. Każdym swoim codziennym wyborem, każdą małą i dużą decyzją mam wpływ na świat w którym żyję, na moje własne podwórko. Codziennie wybory, razy tysiąc, są moją siłą. I chcę działać. Bo na końcu tej rury ściekowej czy na poboczu drogi jestem Ja – Człowiek, odciskający na Ziemi piętno.

 

Monika Zakrzewska  22.XII.2017r.

Facebooktwitterpinterestmail

Dodaj komentarz